Blog
Po niemal roku kompletnego braku czasu doszło do sytuacji, w której widok plecaka fotograficznego zaczął wywoływać ogromne emocje a tęsknota za pięknymi widokami, górami i potokami była nie do zniesienia. Dlatego, żeby całkowicie nie popaść w chorobę psychiczną właściwym było zorganizowanie pleneru fotograficznego, jakiegokolwiek, gdziekolwiek i na jakikolwiek okres czasu. Tylko gdzie pojechać – okolice domu rodzinnego? Piękne tereny ale sfotografowane przeze mnie niemal od każdej strony. Beskid Niski? Miejsce niesamowite ale również często przeze mnie odwiedzane. No to zostają Bieszczady, Beskid Sądecki, Pieniny, Tatry, Beskid Śląski, Sudety. Opcji jest na prawdę sporo i ciężko się zdecydować. W Bieszczadach nie byłem długo, bardzo długo ale tam trzeba się zmierzyć z przestrzeniami, a to nie do końca mi pasowało, nie takiego krajobrazu szukałem. Pieniny i Tatry zapewne pełne turystów, i jakoś takie “obfotografowane”. Beskid Śląski, Sudety za daleko (dogodzisz? nie dogodzisz). No ale jest jeszcze Beskid Sądecki z pasmem Radziejowej skąd pięknie widać i Pieniny i Tatry. No to zdecydowałem ?. Jednak wczesnojesienna aura miała inne plany i zapowiadała się wprawdzie stabilna pogoda ale ze słabą widocznością. Wówczas po namyśle zdałem sobie sprawę, że przecież sam nie pojadę więc skonsultuję to z Wieśkiem, człowiekiem, który na górach, krajobrazach i plenerach zna się nikt inny. Szybki telefon, przygotowana gadka i … Słowacja, Wiesiek mówi mi: “Słowacja Panie”. Szczerze mówiąc Słowacja brzmi ok. Nowe tereny, nieco inne krajobrazy no i blisko Beskidu sądeckiego, zarąbisty pomysł ? – już miewaliśmy super pomysły, kończyło się różnie! Jednak, jak Wiesiu mówi: “najważniejsze jest planowanie”.
No to mapy Google i te nie Google, analogowe (pamiętacie takie jeszcze prawda?), do tego przeglądanie topografii terenu wraz ze zdjęciami przykładowymi innych fotografów itp. Po kilkudziesięciu minutach narodził się plan. Jedziemy do Piwnicznej Zdrój, tam nocujemy u zaprzyjaźnionej Pani Ani, która nawiasem mówiąc piecze najlepszy na świecie chrupiący, pachnący chleb swojski (Wiesiek najlepiej wie bo do dzisiaj wspomina) Wiesiek: Wiem i wspominam, bo wiąże się z tym zabawna sytuacja, którą opiszę pokrótce. Było to tak: Zanim pojechaliśmy do Pani Ani robiliśmy zakupy i na stoisku z pieczywem zauważyłem świeży chrupiący chleb. Lokalny sobie myślę, to kupię będzie na kolację ?. Wchodzimy do mieszkania, ja idę pierwszy, Michał idzie za mną niosąc cały sprzęt. Kładę chleb na stole i zaczynam po omacku szukać włącznika światła. W tym momencie wchodzi Michał ze sprzętem do ciemnego jeszcze pokoju. Po chwili znajduję włącznik światła i włączam. Co widzę – Michał stoi przy stole i wącha chleb mówiąc “Ta Pani Ania to jest złota kobieta, nie dość, że tak u niej tutaj ciepło i przyjemnie to jeszcze nas poczęstowała swojskim upieczonym przez siebie chlebem”. Ja już leję bo widzę, że gość “podjarany” swojskim jedzeniem. Po krótkim odpoczynku Michał dodaje: “Nie no muszę do niej napisać SMS z podziękowaniami”. O kurde sobie myślę, jaja będą więc mówię “Michał co Ty masz z tym chlebem?”, na co on odpowiada “Jak to co, to jest przecież niesamowity gest, przecież to swojski, ciepły chrupiący chleb”, na co ja odpowiadam “Wiem bo sam go kupiłem” ??.
Hehe, dokładnie tak było jak pisze, ja byłem przekonany, że ten chleb jest od Pani Ani. Dobrze, że dałeś mi znać bo inaczej byłyby jaja – ja już wysyłałem tego SMS’a. Korzystając z okazji pozdrawiamy Panią Anię z Piwnicznej Zdrój :).
Wracając do tematu. Plan jest następujący: Fotografujemy na początku okolice Piwnicznej, między innymi potok w Młodowie, następnie udajemy się na wodospad Wielki w Obidzy, a potem ruszamy dalej na Słowację gdzie fotografujemy zamek w Stará Ľubovňa a potem się zobaczy. Podczas kilkudniowych wyjazdów próbujemy nie planować zbyt ściśle miejsc, do których się udamy, bo zazwyczaj pogoda ma inne plany ?.
A więc zgodnie z planem zaczęliśmy od potoku w Młodowie. Szczerze mówiąc to był pierwszy raz gdy zmierzyliśmy się z tym rodzajem fotografii krajobrazowej. Na początku wydawało się nam to mało interesujące, jednak już po zerknięciu na pierwsze zdjęcia wiedzieliśmy, że fotografowanie potoków, cieków wodnych czy wodospadów to niesamowita sprawa. Nie wdając się w szczegóły techniczne wspomnę tylko, że taki rodzaj fotografii najlepiej uprawiać podczas pochmurnych, mglistych dni – wówczas światło jest rozproszone i scena staje się równomiernie naświetlona. Podczas pogodnych dni w tego rodzaju fotografii, prześwitujące przez liście niebo staje się wrogiem numer jeden. Dzieję się to dlatego, ponieważ fotografując potoki czy wodospady najczęściej chcemy operować czasami naświetlania pozwalającymi nam na piękne uchwycenie ruchu wody a to powoduję, że prześwitujące przez liście niebo tworzy niesamowite przepały.
Ważne jest też by zaopatrzyć się w filtr polaryzacyjny – powierzchnie mokrych liści, kamieni, kory drzew stają się mocno refleksyjne przez co na zdjęciach “błyszczą”, uniemożliwiając poprawne zarejestrowanie kolorów. Użycie filtra polaryzacyjnego znacznie redukuje ten efekt pozwalając zarejestrować bogate kolory pięknej scenerii. W kolejnych postach przyjrzymy się fotografii wodospadów nieco bliżej bo jest to jeden z naszych ulubionych tematów fotograficznych. Wówczas napiszemy nieco więcej ten temat.
Podczas naszego pobytu w Młodowie niemal przez cały czas padał rzęsisty deszcz i było mgliście. W taką pogodę większość ludzi zostaje w domu i odpoczywa. Jednak dla fotografa krajobrazowego to właśnie taka pogoda jest okazją na niesamowite zdjęcia, dlatego można powiedzieć że w wyborze fotografowania potoku pomogła właśnie pogoda :).
Po przyjeździe na miejsce od razu wskoczyliśmy w gumowce i powędrowaliśmy w górę potoku by znaleźć jakieś fajne miejsce przy którym warto było by się zatrzymać. Oczywiście jak to zwykle bywa już po pierwszych krokach wylądowałem w wodzie po kolana, nabierając wody w gumiaki ?. Kur…. sobie myślę – już po zdjęciach. Wiesiek: Hehehe, pamiętam Twoją minę, hehehe. Się śmiej, seryjnie był moment, że miałem dość! Na szczęście zapał do fotografowania był większy i jakoś przetrwałem. Idąc w górę potoku znaleźliśmy parę fajnych miejsc, z których trzy poniższe to moje ulubione.



Fotografowanie potoku w Młodowie zajęło nam niemal cały dzień – przemoknięci i zmarznięci jak cholera zamiast wrócić na kwaterę i odpocząć, nabrać sił – pojechaliśmy na Obidzę.
W sumie to o tym nagle zdecydował Wiesiek, który zbliżając się do miejsca gdzie nocowaliśmy krzyknął: “Raz się Żyje, warunki są takie że można Obidzę sfocić” ?, po czym przyspieszył, odbił na południe i tak oto pognaliśmy w kierunku Obidzy. W sumie miał rację bo warunki były wyśmienite na fotografowanie potoków i wodospadów a całkowicie beznadziejne na fotografowanie obiektów oddalonych o więcej jak 200 m, bo widoczność była słaba. W ten sposób wodospad Wielki w Obidzy, który miał być sfotografowany w dniu kolejnym został sfotografowany jeszcze w tym samym dniu:

Po powrocie z Obidzy byliśmy kompletnie wykończeni, głodni, zmarznięci – wróciliśmy na kwaterę by do końca dnia (a raczej nocy) nie robić już nic jak tylko jeść, przeglądać zdjęcia oraz planować dzień następny. Po tak deszczowym początku naszego wyjazdu liczyliśmy, że kolejny dzień rozpocznie się co najmniej niezłym wchodem słońca, ponieważ w planie było sfotografowanie zamku w Stará Ľubovňa z Tatrami w tle. Musimy przyznać, że już wcześniej mierzyliśmy się z takimi kadrami, niestety wówczas pogoda kompletnie nie dopisała ?. Wiesiek: Ani mi Panie nie przypominaj zimowego pleneru tutaj – takiej porażki w terenie nigdy nie przeżyłem ?.

Ja tak samo nie przeżyłem tak gównianego pleneru, nie mówiąc już o Ilonie, która pojechała z nami by odpocząć od codzienności a zastała takie g…o – zmarznięci szliśmy w górę w śniegu po pas, by zobaczyć jedynie MYJOKA ? (Wiesiek obiecał podać definicję myjoka – so stay tuned ?).
Tym razem jednak – nie było tak źle. Cudów, jak się to mówi nie było – bo oczywiście przywitało nas niebieskie, nudne niebo ale widoczność przynajmniej była dobra, no i światło, które delikatnie “muskało” polanę oraz mury zamku było na prawdę super. Nie zastanawiając się długo zrobiliśmy proste kadry z zamkiem na pierwszym i Tatrami na drugim planie.


Wiesiek: Swoją drogą trzeba przyznać że dojść na polanę z której fotografowaliśmy zamek jest nie lada wyzwaniem, bo wcześniej trzeba przejść przez cygańską wioskę. Na szczęście można przejść przez nią wcześnie, zanim pojawi się tam jakakolwiek aktywność i wówczas czeka nas jedynie ciężka przeprawa z powrotem. Pamiętam jak dzisiaj – godzina 8:00 i nagle zaczyna się taki huk jakby się było w centrum dużego miasta, “tysiące” dzieciaków wyłazi na ulicę i harmider jest niesamowity. Tak, że najlepiej być tam wcześnie rano, zrobić co trzeba i spadać.
Po sfotografowaniu zamku, wróciliśmy na kwaterę i po krótkim odpoczynku i posiłku zaczęliśmy planować co będziemy fotografowali następnie. Tym razem chcieliśmy podjechać nieco bliżej Tatr by tam poszukać jakichś nowych kadrów. Po krótkim namyśle zdecydowaliśmy – jedziemy w kierunku miejscowości Spišská Belá, która położona jest tuż u podnóża Tatr. Już do tego miejsca w czasie mieliśmy sporo fajnych (naszym zdaniem) zdjęć więc co mogłoby pójść nie tak ? (nie, nie jest to wstęp do żadnego niespodziewanego wydarzenia, wszytko szło zgodnie z planem).
Wiesiek: Tak, tylko, że do Białej Spiskiej nawet nie dojechaliśmy. Prawda. Nie dojechaliśmy bo wcześniej znaleźliśmy (naszym zdaniem) bardziej interesujące i co najważniejsze – nowe miejsce, z którego widok był na prawdę niesamowity, zresztą zobaczcie sami poniżej:

I tak to własnie nasz plener dobiegał powoli końca. Została nam już tylko droga powrotna do domu i nadzieja, że może jeszcze po drodze spotkamy fajne światło, które zmobilizuje nas do jakiegoś spontanicznego kadru ?.
Wiesiek: Zapomniałeś Panie kolego jeszcze o zdjęciach inscenizowanych, nie po to taszczę te stroje żeby się nimi nie pochwalić ?. Tak faktycznie podczas tego samego wyjazdu i podczas powrotu z miejsca gdzie fotografowaliśmy Tatry, znaleźliśmy stary mały cmentarz. Wiesiek zawsze wozi ze sobą stroje (do sesji inscenizowanych – których na tej stronie na pewno będziemy prezentowali sporo) na wszelki wypadek, jakby był “Myjok” i robienie zdjęć krajobrazowych byłoby niemożliwe. Wiesiek: Definicję “Myjoka” poznacie w następnych wpisach. Więc wcieliliśmy się na zmianę w starszego Pana, który przyszedł odwiedzić groby bliskich. Mam nadzieję, że nikomu to nie przeszkadza. Czasami lubimy takie melancholijne zdjęcia, bo naszym zdaniem mocniej działają na ludzi niż wesołe kadry (z czym się oczywiście można nie zgadzać). Tak więc z szacunkiem do miejsca, w którym byliśmy oraz z wrażliwością wcieliliśmy się w postać starszego Pana. Na zjęciu poniżej ja (Michał Mikoś) przebrany za starszego Pana. Wiesiek w roli reżysera i operatora kamery ?.

W zasadzie to był to chyba koniec naszego wyjazdu, w sensie ostatni fotograficzny przystanek zanim nie wybraliśmy się w drogę powrotną do Krakowa. Wiesiek: Eeeee Panie, no jak ostatni? Przecież zahaczyliśmy jeszcze o słynną Łapszankę ?. Faktycznie Łapszanka była ostatnia :).

To co kończymy? Wiesiek: No w zasadzie więcej fotografii nie robiliśmy na tym wyjeździe.
Więc kończymy. Bardzo dziękujemy za poświęcony nam czas, mam nadzieję, że nie zmarnowany. Tak więc zapraszamy do śledzenia naszego “bloga” bo na pewno pojawi się tutaj wiele nowych rzeczy ?.
Pozdrawiamy, ekipa www.whenlighthitsground.com